wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty!
Link 04.04.2008 :: 11:11
Komentuj (1)Co wam powim, to wam powim... Piknie było!
Dla uściślenia: BYŁO. Na dodatek wczoraj. Miodzio. Po prostu bajka z lazurowym niebem i białymi domkami rozświetlonymi słońcem. Wszystko się chciało, a najlepiej naraz. Łażenie bez płaszcza było miłe. Łażenie bez czapki było jeszcze milsze. A już najfajniejszy był wiatr rozwiewający włosy. Aż chce się powiedzieć: GIIIIIVEEEE MEEEE MOOOOOOOREEE! I tu już niestety mamy konflikt interesów z Matką Naturą. No bo tak: wczoraj pięknie. Na zachętę, ale nie tylko dla ludzi. Ptaki darły dzioby, owady się obudziły i rzekły grzecznie "czego?", pieski jak zwykle zasrały okoliczne trawniczki. A dzisiaj klapa. Dupa zbita, że już się tak mniej oględnie wyrażę. Mamy przepiękną mgłę, która w sposób niestworzony, ponadnaturalny i w ogóle kosmiczny wsuwa się na ląd od strony morza. Widok z mojego okna powoli zaczyna znikać. Domki giną w mlecznobiałej chmurze. Mgła je wchłania zupełnie, doszczętnie i bezwzględnie. Konturów tych dalszych już w ogóle nie da się rozpoznać. Jest w tym coś strasznego i przerażającego, gdy świat na Twoich oczach wpada w biały niebyt. Masz ochotę postawić wielki wiatrak i odetchnąć z ulgą, gdy to białe gówno się rozwieje. Ale nie. Nie ma tak łatwo i milusio. Zamiast tego siedzę w pokoju z zapaloną lampką i co jakiś czas odwracam głowę zerkając na znikający wspaniały norweski świat. Pierwsza myśl jaka mi wpada do głowy to "Mgła" Kinga. Zła wyobraźnia, oj zła. Teraz już będzie ciężko przekonać siebie do wyjścia, bo a nuż coś urwie Ci rękę. Zła wyobraźnia.
Dzisiaj Christiany się przeprowadzają. Ciężarówka z meblami jest silniejsza od mgły. Na pewno.
poprimaaprilisowy dzień
Link 02.04.2008 :: 23:51
Komentuj (0)Prima aprilis w tym roku nie był śmieszny. Był beznadziejnie szary i deszczowy, a na dodatek zimny. Norwegowie nie robią sobie dowcipów, nie podkładają malutkich świń i nie pękają Ci w nos ze śmiechu z powodu Twojej głupiej miny. Jest nijako, a może po prostu normalnie. Polskie żarciki nawet do mnie nie dotarły. Dalej nie wiem czy rzeczywiście nam odebrali Euro 2012, czy to była niewybredna skucha. Chyba powoli tracę kontakt z rzeczywistością, ale tą polską. To z nią jestem na bakier. Z norweską jest zupełnie w porządku. Bardzo przewidywalnie, spokojnie. Ot! po prostu. Przywykłam i powoli wsiąkam w to co dookoła mnie.
Ostatnio mam depresję. Chyba taką prawdziwą, bo izoluję się od ludzi, jestem zmęczona i wszystko jest generalnie "ble!". Nie znalazłam pracy i chyba moje rozczarowanie wpływa na fakt, że już przestaję szukać. Sprawdzam finn.no i nav.no, widzę ogłoszenia - w sensie: rejestruję je wzrokiem - a potem nic. Nie wysyłam już CV i listów motywacyjnych. Jest mi wszystko jedno. Na lato już wiem, że nie zostanę. Biurokracja polskich uniwersytetów mi to uniemożliwia. Jestem rozczarowana i rozgoryczona, i pewnie jeszcze mam z pół tuzina innych "roz-". Dlatego dobrze zadziałał na mnie dyżur za barem w klubie studenckim Oestsia, który znajduje się w budynku uniwersyteckim. Kiedy się zgłaszałam do tej pracy, nie wiedziałam, że to wolontariat. Gdy już się dowiedziałam, myślałam, żeby zrezygnować. Ale w końcu postanowiłam spróbować. I chwała mi za to. Przynajmniej nie przesiedziałam całego wtorku w domu. Nie nudziłam się i nie byłam sama. Mogłam pogadać po norwesku, nauczyłam się paru rzeczy. Na przykład takich, że wcale nie jest tak łatwo nalać piwo do szklanki!!!!!!! Tego się trzeba NAUCZYĆ! I mówię zupełnie poważnie. Na osiem piw udało mi się nalać 5. Trzy zupełnie zmarnowałam. Ponadto: kasy fiskalne to czarna magia! Szacunek dla wszystkich obsługujących te cacka. Jeżeli umiecie połapać się we wszystkich skrótach, wszystko dobrze i szybko wpisać, dla mnie jesteście mistrzami. 5 godzin stania za barem, bez możliwości usadzenia czterech liter na czymkolwiek poza posadzką, dało w kość mojemu kręgosłupowi. I chociaż nie mieliśmy ruchu wczoraj, wróciłam zmęczona. Dużo nowego w zetknięciu z nim, boli. Ale dobrze robi na psychikę, self-confidence i ogólne samopoczucie. W środę 9-go będę robiła gofry za barem :-) Będzie się działo.
Dobrze, że czasami prima aprilisy są zwykłe.
lenistwo podłe i parszywe
Link 29.03.2008 :: 20:11
Komentuj (2)Nie ma mocnych na lenia. Jak już raz lenistwo chwyci cię za gardło, ściśnie w dołku, to po Tobie. Świetnym przykładem "mojego", zupełnie osobistego lenistwa jest ten blog. W tym momencie już w zasadzie nie widzę sensu jego prowadzenia. Nie jestem regularną wpisywaczką. Nie mam też rzeszy fanów, wielbicieli, komentatorów. Wole obejrzeć kolejny sezon dr House'a aniżeli wpisać tutaj chociażby najmniejsze zdanie.
Z jednej strony tak bardzo potrzebuję akceptacji otoczenia, że szukam jej nawet w internecie (ten blog jest najlepszym tego przykładem), z drugiej zaś strony brakuje mi jednak tego przekonania do robienia swojej wiwisekcji akurat w takim miejscu. Chyba dlatego temu blogowi brakuje wewnętrznej siły sprawczej, która będzie go napędzać i tym samym wprawiać w życie. Chciałabym naprawdę móc tutaj pisać o wszystkim. O tym co ostatnio zrobiłam, co przeczytałam, na jaką imprezę polazłam z erasmusowcami. Nic z tego. Mam jedną wielką niemoc. I generalnie mam ostatnio wszystkich i wszystko w nosie, łagodnie mówiąc.
Daję sobie zatem miesiąc próbny. Jeżeli nie uda mi się zmusić siebie do napisania czegoś, czegokolwiek, w miarę regularnego. Zarzucam to. I zdecydowanie wracam do pisania listów. Szkoda tylko, że brakuje trochę adresatów...
Adieu!
Posebyen
Link 21.01.2008 :: 19:00
Komentuj (1)To najstarsza część Kristiansand S. Tyle zostało z zabytków po paru pożarach. Jak dobrze, że Kazimierz Wielki przemurował nam Polskę. Słońce świeci, niebo się niebieści, widok kolorowych domków nastraja optymistycznie.
Przystanek Kristian IV's gt.101
Link 20.01.2008 :: 22:11
Komentuj (0)Tutaj mieszkam :-) chociaż w sumie nie, w drugim skrzydle, którego nie widać na zdjęciu. Akademik przez milusińskich i innych studentów potocznie nazywany Statoil (ciekawe czemu, prawda?). A przez ulicę mam najstarszą część Kristiansand S - Posebyen.
***
Link 19.01.2008 :: 19:02
Komentuj (1)"dysfunkcja"
Trzymam kciuki
dwa swoje
Twoje dwa
zębami
Grudniowe dumanie
Link 16.12.2007 :: 18:38
Komentuj (2)Siedzę. Mozolę się nad kartką papieru i wymyślam kolejne znaki szczególne języka gałęzi północnogermańskiej wschodniej (i wszyscy wiedzą o co chodzi), a mianowicie szwedzkiego. Ale niemoc mnie ogarnia. Taka straszna, okrutna i bezmierna. Rozglądam się po pokoju, który jeszcze tylko do czwartku będzie mój. Przywiązałam się, stwierdzam z rozgoryczeniem. Zawsze się przywiązuję do rzeczy materialnych, chociażbym miała z nimi styczność zaledwie przez jeden dzień. Nie mogę się uwolnić od natłoku pytań. Jak będzie wyglądał pokój w Kristiansand? Jakiego koloru będą ściany i jakie będzie miał meble? Czy będzie mi łatwo znaleźć pracę? Czy podołam wszystkiemu? Z jednej strony moja natura błaga mnie o zmiany, tarmosi mnie i wrzeszczy "już czas!". Z drugiej zaś jest przerażona ilością nowego, z którym się zderzę już 3 stycznia. Wciąż mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, a piasek w klepsydrze nieubłaganie się przesypuje.
2007 dobiega końca. Rok zmian. Dobrze, że już dobiega końca. Chyba za bardzo go nie polubiłam.
joyful joyful!!
Link 11.12.2007 :: 19:40
Komentuj (0)Akcja "wizyta u dziekana" zakończona pomyślnie! Sukces na całej linii. Przyjęcie na kurs NO-205 na Uniwersytecie w Agder - możliwe! Teraz nic tylko leniwie produkować kolejną prezentację na kolejne zajęcia. Jeszcze tylko literatura... artykuł na Tadeusza... i prezentacja o befolkning i będę mogła...! Nie, zaraz. Jeszcze nie będę mogła. Jeszcze zaliczenie przedmiotu u profesora M. A później już w zupełności będę mogła się cieszyć nadchodzącymi siedmiomilowymi krokami - świętami.
Mam zmęczenie materiału. Definitywne i totalne.
***
rozebrałam się
zupełnie na części pierwsze
do rosołu
i zgubiłam śrubokręt
weekend w pozycji horyzontalnej
Link 09.12.2007 :: 19:55
Komentuj (0)Nie ma to jak pojechać do innego miasta z perfidnym zamiarem przespania weekendu. Przyznaję się bez bicia do przeleżenia z premedytacją 48 godzin i podziwiania skośnego sufitu w mieszkaniu przy Al. Jerozolimskich 198K. Mięciutkie łóżeczko, cieplutka kołderka i puchaty śpiworek. Mmmmm!
Zawinięta po uszy w ciepełko, przeczytałam drugi tom trylogii Pullmana. Z zapartym tchem łapczywie spijałam kolejne słowa z kartek książki o przygodach "nowej Ewy". Mało jest dzisiaj książek, które mnie tak poruszają i które wchłaniam w tak krótkim czasie. Pełne uznanie dla pana Pullamana. Grzałam się przy tym herbatką i posilałam szprotkami.
Dzikie, weekendowe lenistwo, które w zasadzie dalej trwa. Jest dopiero 19:51, a ja już planuję zawinięcie się w kołdrę, z powrotem w stolicy Pyrlandii. Migrena mnie dobija. Przekłuwa mi czaszkę i dociera prosto do oka. Mam ochotę je wyjąć i wyrzucić za okno. 100% czysta makabra. Skoki ciśnienia są złe i mroczne. Leki przeciwbólowe nie działają. Pozycja horyzontalna znów kusi. I to wcale nieprawda, że sen to złodziej czasu! No... może troszeczkę jednak prawda.
The Final Countdown
Link 06.12.2007 :: 20:03
Komentuj (2)Zostały 4 tygodnie do wyjazdu. Dokładnie cztery. Trzeba rozpocząć ostateczne odliczanie.
A tyle jeszcze do zrobienia.